top of page

Z tej mąki chleba nie będzie

  • Zdjęcie autora: Irma Głowińska
    Irma Głowińska
  • 20 gru 2025
  • 6 minut(y) czytania

Jak często macie tak, że czegoś bardzo pragniecie i mając, to już prawie w zasięgu ręki, tracicie?

Albo za wszelką cenę próbując się dopasować do cudzego planu, godzicie się na coś, tylko z nadzieją, że uda się przekonać do swoich założeń?

Lub bierzecie co dają bo obawiacie się, że nic lepszego Was nie spotka?


I potem czekacie na CUD.

A jak się nie wydarzy, to każdej bezsennej nocy zadajecie pytanie - właściwie, to jaki jest przepis na TEN chleb?

Co ja mam robić inaczej?



Rozczarowanie? To czujecie?

Ja to czułam. Bezsilność bo nie da się w zasadzie nic zrobić. Można próbować "piec" dalej. W innym piecu. Można też grzebać w przepisie w nieskończoność i pogłębiać w sobie poczucie niepewności. W tym akurat się specjalizuje i gdyby była możliwość, to już miałabym z tego fakultet.


W analizowaniu siebie i rozkładaniu swoich porażek na atomy, to jestem najlepsza. I pisaniu scenariusz. Oj tak. Wiecie ile razy mnie to zatrzymało w miejscu? Ile razy nie sięgnęłam po coś, co mogłam? Ile razy uwięziło w pułapce myśli i lęków? Co musi się stać, byśmy przestały przypieprzać się do siebie? I zaczęły jasno komunikować swoje potrzeby? Bez wchodzenia w coś z nadzieją, że z czasem to mi się uda to zmienić/go zmienić/naprawić/przekonać....Nadal łapię się na tym, że myślę, że życie to bajka i ktoś wjedzie na jednorożcu z planszą "myliłem się".


Nie ma jednorożca. I nie ma myliłem się. Jest za to gorzka lekcja. Jeśli coś od początku nie jest tym o czym marzysz, to lepiej nie okłamuj siebie, bo potem będziesz musiała, to odchorować. Niestety mamy, tak, że emocjonalne przywiązanie pojawia się wtedy kiedy kompletnie nam nie po drodze z czymś/kimś. Do tego często cudze "bo jest mi tak dobrze" ma dla nas większe znaczenie niż to co czujemy sami. Nadal nie umiem powiedzieć kiedy coś mnie rani i boli, kiedy czuje żal, smutek i rozpacz bo nie zgadzam się z czyimś punktem widzenia. I zamiast jasno wyrażać swoje emocje - zakładam buty do biegania i spieprzam aż się kurzy. By po chwili zalać się łzami jak nikt już na to nie patrzy.


Czego, bym chciała się wreszcie nauczyć?

Stawiania siebie na 1 miejscu!. Tak bardzo mi tego brakuje i tak mocno ostatnio sobie dowalam. A zajęcie się sobą, to nie jest dzisiaj przejaw egoizmu, a zdrowym podejściem do życia i relacji. Chciałabym nauczyć się wchodzić w relacje...z samą sobą.

Ostatnio ktoś na kawie zadał mi pytanie - gdybyś mogła z całego tłumu ludzi jakie się w ciągu życia poznaje, wybrać siebie, to zrobiłabyś to? Huczy mi w głowie. Zmienia kompletnie polaryzację. Pytanie wytrych - jakże trudne zarazem.

I tak sobie myślę od kilku dni - jak to jest być ze mną?

I jakiej mąki na ten chleb we mnie brakuje? I skąd wzięły się w niej mole?


W całym konsumpcjonizmie, szybkim pędzie i braku czasu na budowanie fundamentów pod bycie z kimś, jest nam zwyczajnie wygodnie, by żyć tym co teraz i tu.

Nie chcemy nic lepić. Spuszczamy się ze smyczy nakazów i zakazów. Wrzucamy do kosza cały ten szum o byciu z kimś. Leczymy rany, szukamy siebie, zatracamy się we własnych doświadczeniach bo kolejny raz spotyka nas to samo. Pod skórą czujemy dyskomfort, lęk przed odrzuceniem, przed oceną, przed zaangażowaniem.

Są jak robaki w cieście. Niby nam rośnie ale od początku wiemy, że będzie zepsute.


Zatapiamy się więc w hasłach skierowanych do naszego JA:

" dobrostan" - afirmuj, sięgaj po to co Ci się należy, otwieraj się na bogactwo

"miłość własna" - stawiaj siebie na pierwszym planie, tylko Twoje oczekiwania się liczą

"work-life balance i self-care" - nie tylko praca, pamiętaj o czasie wolnym, dla siebie...

a to tylko niektóre z nich.


Zaczynamy wierzyć, że nikt nie pokocha nas bo pewnie sami siebie nie kochamy.

A co to tak naprawdę kochać siebie? Czy jak stanę przed lustrem i powiem "dzień dobry piękna", to wystarczy? Jesteśmy takim gatunkiem, który do miłości potrzebujemy bliskości drugiego człowieka. Żywego - nie odbicia w lustrze. I im więcej skumulowanych w sobie uczuć mamy, tym trudniej nam potem trzymać je na wodzy i nie zalewać nimi drugiej strony. "Bo byłaś za bardzo i za mocno" - linijką po łapkach. Tylko czy aby jest to komunikat o mnie? Czy próba odwrócenia uwagi od swoich lęków lub braków w zasobach? Czym jest za bardzo i za mocno? Za bardzo osadzona w relacji, za bardzo starająca się dla kogoś, kto poczuł się przytłoczony bo sam w swoim deficycie " miłosnym" nadal tkwi?

Poradniki jakich wysyp ostatnio, które żerują na niepowodzeniach w relacjach tysięcy z nas, radzą " nie pisz do niego, odizoluj się, daj mu przestrzeń, zajmij się sobą, nie próbuj nic tłumaczyć, przeżyj żałobę, etc"

Z drugiej strony słyszymy, że czasy jakie mamy, które nastały po pandemii, wywołały fale "singli z odzysku", którzy z jednej strony chcą przeżyć przygody życia bo zamknięcie w 4 ścianach obudziło w nich instynkt zdobywcy a z drugiej są zagubieni bo tak naprawdę to tylko impuls. I nadal nie wiemy czego od życia dalej chcemy. Uwolnić się to jedno, natomiast być pewnym i świadomym tego co potem, to już inna bajka.

Bajka w jakiej spotykają się potem ona i ona, oboje oblepieni gliną, którzy pod warstwami chowają swoje prawdziwe emocje. I nie potrafią przyznać się jedno przed drugim do swoich pęknięć, braków i obaw. Szukając ognia, który na chwilę ma zapewnić im ciepło, którego za wszelką cenę nie chcą wpuścić do swojego życia na stałe. Bojąc się, że znowu przyjdzie ktoś i to zagasi. A oni zostaną z poczuciem uderzającego ich chłodu.


Tylko czy te wszystkie skrywane głęboko pragnienia, emocje, które dźwigamy każdego dnia, nie generują w nas większego stresu niż sama próba otworzenia się przed kimś znowu?


I jak tu kochać? Kiedy cali ulepieni jesteśmy z leków i przyzwyczajeń. Kiedy projektujemy historie, nie dając im się toczyć na swój sposób.

Kiedy wpuszczamy do głowy te wszystkie "dobre rady", podglądając przy tym "lepsze życie" innych, faszerujemy się sieczką, w której ciężko odróżnić co jest AI a co prawdziwe. Te wszystkie treści mamiące nas codziennie, stojące w kontrze dla szarej rzeczywistości, dopadającej nas w przesileniu chandry lub co gorsza depresji i powodujące, że wpadamy w wir pędu za bardziej zieloną trawą.


Jednorazowe pieczenie jest lepsze niż robienie zapasów na lata.

Dlaczego? Co tam w tym koszyczku pod serwetką z łowickim haftem się chowa?

Wolimy nie kupować całej piekarni, by spróbować chleba.

A przecież po jednej kromce nic nie wiadomo, tak samo jak po próbowaniu raz na kwartał. A tymczasem w piekarni zawsze można dopracować przepis, skupić się na dostępnych składnikach. A jednak patrzymy jak to co wzięliśmy powoli czerstwieje, zamiast zatroszczyć się, by nadal było świeże.

W medycynie mówi się o efekcie placebo. Jak zakładamy w naszej głowie, że coś nam szkodzi, to w to wierzymy, choćby skały srały i ktoś przed nami wywijał piruety.

I będziemy tak od piekarni do piekarni...lub marketu jeśli wolimy po taniości.


Co możemy zmienić? Co dać sobie, by dzięki temu otworzyć się szerzej na drugą osobę?

Dobrostan nie jest czymś na co stać nielicznych, nie jest dobrem luksusowym. Nie oznacza też zapadnięcie na zakaźną chorobę o zachodnio brzmiącej nazwie.


Wikipedia wyróżnia:

a) dobrostan psychiczny – doświadczanie przez człowieka pozytywnych emocji, z niskim poziomem złych nastrojów, jednocześnie przy wysokim poziomie zadowolenia z życia. Z poczuciem dobrostanu bezpośrednio wiąże się pojęcie optymizmu, które z kolei wpływa na nasze zdrowie, samopoczucie, a także osiągane sukcesy życiowe. Hell yes)



b) dobrostan subiektywny - jeden z elementów ludzkiego zdrowia, definiowanego przez brak choroby lub niepełnosprawności ale też subiektywnie postrzegane przez człowieka zadowolenie z fizycznego, psychicznego i społecznego stanu własnego życia.

Subiektywnie patrząc jak wszamie pączka pistacjowego, to będę w kulinarnym niebie, ale jednocześnie w fitnessowej du..ie i wyrzutem, że znowu muszę gasić światło lub ukrywać się pod body...bo inaczej powie, że noszę koło ratunkowe..

a....

...każde poznanie zależy wyłącznie od indywidualnej perspektywy poznającego i jego osobistej opinii.

Ach...moje poznanie z pączkiem zależy w głównej mierze od jego nadzienia...i czy poczuje po nim błogostan psychiczny przynajmniej jak po pieczeniu chleba?

Pamiętaj! Nie zawsze możesz mieć składniki na chleb...ale zawsze możesz mieć pączka)


Idąc dalej. Poczucie dobrostanu zależy jak się okazuje od równowagi między wyzwaniami, przed którymi staje człowiek, i zasobami (wewnętrznymi i zewnętrznymi), którymi dysponuje:


zdrowie = dobrostan fizyczny + dobrostan psychiczny (emocjonalny i osobowościowy) + dobrostan społeczny


Podstawię więc do wzoru przykłady, które bardziej do mnie przemawiają:


ja = "chleb" + pączek + dobrobyt


Wow jakie to proste)....

....chociaż tylko z pozoru bo najprościej zdobyć pączka...


Wracając do naszej bajki i jej zakończenia.

Według większości psychologów bazą tożsamości człowieka jest Ja, które wypełniamy przekonaniami o własnych cechach, zdolnościach oraz wyznawanymi wartościami czy ideałami, które uznajemy za szczególne ważne.

Nadal jednak nie wyjaśniono, czy tożsamość człowieka jest nabywana z czasem, czy też jest procesem ciągłego stawania się sobą. Dzisiaj mogę szukać ciemnego pieczywa a za miesiąc przejdę na białe. Albo tostowe.

Skoro zmiany osobowości zachodzą przez całe życie, pod wpływem otoczenia, zmieniającej się sprawności naszego organizmu, czy nawet potrzeby zachowania poczucia własnej wartości, to nasze relacje też ulegają ciągłemu rozwojowi. Nie stoimy w miejscu, pytanie tylko czy zmiany jakie zachodzą nas zbliżają czy oddalają od siebie.


Mi osobiście pasuje zaproponowana przez Janusza Czapińskiego tzw. „cebulowa teoria szczęścia”, która zakłada, że w życiu człowieka istnieją trzy poziomy szczęścia:

  1. wola życia,

  2. ogólny dobrostan psychiczny,

  3. zadowolenie z konkretnych dziedzin życia.


Z tego wynika, że najlepszy jest CEBULARZ!

Chcemy żyć i być z kimś. Czujemy przypływ endorfin. Jesteśmy zadowoleni z wypieku.

A każda cebula ma warstwy. Ja chce widzieć tylko te dobre. Nawet przez łzy.

 
 
 

Komentarze


bottom of page