Witaj na blogu OkiemZyrafy.pl

 
 
  • Irma Głowińska

Serce kontra rozum, czyli jak decydować i nie zwariować.

Pisałam wcześniej o zmianach i podejmowaniu decyzji w życiu, czasem mniej ważnych a czasami tych naprawdę grubego kalibru. Jak również o towarzyszącemu temu uczuciu wysokiemu poziomowi stresu czy chociażby poczuciu niepewności co do zasadności podjętych działań. Nie wywołałam jednak do tablicy podczas tych moich rozważań dwóch ważnych postaci biorących zazwyczaj główny udział w całym procesie. Serce i rozum. To na nich skupię swoją uwagę w dzisiejszym poście.

Ile razy byliście w sytuacji, kiedy rozum podpowiadał Wam jedno rozwiązanie, a serce mówiło zupełnie innym językiem? Co najmniej raz, a nawet wiele razy. W życiu jak się okazuje nie zawsze można na chłodno wszystko wykalkulować, tak jak nie zawsze dobrym doradcą są emocje i działanie pod wpływem silnego impulsu. Czym więc lepiej kierować się podejmując decyzje czy szukając rozwiązań problemów?


Na pierwszym miejscu zawsze najlepiej postawić samego siebie. Mamy tendencje do bagatelizowania własnych potrzeb, niesłuchania samych siebie i tym samym stawiania na drugim planie. Klasyczny i konserwatywny model rodziny zakłada(ł), że głową jest on, a szyją ona i tak też powinny być podejmowane wszelkie decyzje. Zanim samolot wystartuje należy zapoznać się z instrukcją bezpieczeństwa na pokładzie, podczas której każdy pasażer usłyszy, że w przypadku gwałtownej zmiany ciśnienia w kabinie wyskoczą maski tlenowe. I dalej personel pokładowy instruuje, że najpierw należy założyć maskę sobie, a następnie dziecku. Niech to będzie dla wszystkich złota myśl, która powinna się wryć w głowę i nie znaczy nic więcej niż to, że jedyną osobą, która może zadbać o Ciebie jesteś Ty sam. I tak długo jak długo nie będziemy znać samych siebie i szczerze odpowiadać na swoje własne pytania czego tak naprawdę chcemy, będziemy zawsze zapętlać się w decyzjach patrząc na innych lub co gorsza podatni na cudze wpływy, zapomnimy o własnych oczekiwaniach.


Wracam do pojęcia równowaga – serce zawsze będzie próbowało łagodzić i skłaniać nas do bardziej uległych decyzji, dlatego dobrze, aby racjonalny umysł dodawał w kontrze argumenty dbające o nasze poczucie wartości i godności. I nie chodzi tu, aby toczyć ze sobą wewnętrzny konflikt, ale aby znaleźć drogę do wewnętrznego dialogu z samym sobą i szczerą odpowiedź na pytanie co naprawdę bym chciał/ła. Ja chcę! Ja mam prawo chcieć/czuć/mieć/być. A nie, że Ada tak nie wypada i lepiej zapleść warkoczyk i usiąść w ostatnim rzędzie. Czyli reasumując punkt 1 – żółte maski tlenowe zawsze, gdy szkodliwy ciąg zdarzeń nie będzie chciał się skończyć lub kiedy niepewni swego będziemy bali się podjąć jakieś ryzyko.


Kiedy kobieta zaczyna mówić o emocjach, to w męskiej głowie natychmiast pojawia się czerwona lampka rodem z Zenkowej tancbudy waląca światłem po oczach tak, że aż się cały poci. Męski on, a nie Zenek oczywiście. Bo jak emocje, to będzie zaraz mało przyjemnie i łzawo, a z tym niestety radzić sobie niezbyt panowie potrafią. I to nie tylko z kobiecymi, ale przede wszystkim z własnymi. A tak naprawdę swoich emocji nie trzeba, a nawet nie powinno się bać. Jeśli będziemy potrafili wsłuchać się w nasze emocje, względem kogoś, czegoś, to tym łatwiej będzie nam podjąć pewne decyzje i tym samym będą one o wiele skuteczniejsze i trafione. Mimo, że panuje osąd, że emocje są złym doradcą, to jednak trzeba pamiętać o ich rozgraniczeniu na dobre, te właściwe, co nas rozwijają i te złe, negatywne, które nas blokują. Dlatego nie bójmy się podejmować decyzji, też kierując się emocjami, w zgodzie z własnym sumieniem i nie wyrządzając oczywiście krzywdy drugiej osobie.


Skąd jednak u nas bierze się taki a nie inny sposób reagowania w emocjach? Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że wynosimy to z domu. Przez lata obserwacji naszych rodziców czy bycia pod wpływem ich zbytniej troskliwości, kontroli, krytycyzmu lub prowadzonego konfliktu między nimi, wdrukowujemy sobie sami nasz gotowy wzorzec emocjonalny. Taki nasz posag. I jak to się potem u nas objawia? Wchodzimy sami w relacje mocno emocjonalne, kiedy tych emocji w domu rodzinnym mieliśmy bardzo dużo. W przypadku bycia poddawanym nieustannej krytyce ze strony rodzica/ców nagle przyjmujemy wobec siebie sami rolę dręczącego wewnętrznego krytyka i bojkotujemy wszystkie własne decyzje, sukcesy czy pragnienia, prowadząc tym samym do podejmowania najczęściej niesłusznych decyzji. A kiedy mamy do czynienia z syndromem nadmiernej kontroli czy troskliwości, wtedy naszym mechanizmem obronnym będzie ukrycie głęboko na dnie naszych emocji i odepchnięcie poza strefę rażenia osoby skrajnie przeciwnej w reakcji. W innym przypadku jeżeli w naszym domu rodzinnym wydarzyły się sytuacje, które odcisnęły na nas emocjonalne piętno, to bardziej będziemy skłonni ku podejmowaniu racjonalnych decyzji, kierując się rozumem, ignorując sygnały wysyłane przez serce, w obawie przed powracającym lękiem przed zranieniem.

Ulubiony temat z egzaminów maturalnych - bohater romantyczny cierpiący rozterki wewnętrze, to nic innego jak przez epoki i dekady powielający się dylemat doprowadzający też do wątpliwości miliony kobiet – czy powinnam dać się porwać porywom serca czy raczej wybrać bezpieczeństwo i stabilizację. Rozważnie czy romantycznie? Wybór partnera i decyzja o byciu z nim, to nic innego jak droga przez pole minowe pełne skrajnych emocji. Kiedy uruchamiamy nasz "wdrukowany z przeszłości schemat emocjonalny" to zaczynamy kroczyć bez mapy, kompasu i innych wskazówek pomagających nam dotrzeć bezpiecznie do celu.


Dlaczego jednak tak skrajnie różnią się od siebie rozum i serce w dążeniu do teoretycznie tego samego, jednego celu, czyli aby ich właścicielowi było dobrze?

Jak zapytasz przyjaciela/ciółkę co masz zrobić w danej sytuacji, to często po serii argumentów padnie stwierdzenie: zrobisz co uważasz lub zrobisz tak jak czujesz najlepiej. Jednak rozwiązania te są tak odlegle od siebie jak słońce i księżyc. Dwa skrajne bieguny. Gdybyśmy mieli scharakteryzować na szybko kogoś z teamu serce, to użylibyśmy określeń typu: bujający w obłokach, naiwny, łatwo daje się wykorzystać, wierzy ludziom, idealista, dobry, ciepły, zwolennik wielu szans. Za to po drugiej stronie stanie ktoś z teamu rozumu i będzie to najczęściej: dążący do celu po trupach, człowiek bez serca, zimny, nieczuły, chłodno kalkulujący, niesympatyczny, manipulator. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z jasną i ciemną stroną mocy. Kimś dobrym i złym. Kimś kogo lubimy i kimś kogo raczej wolelibyśmy unikać. Tak samo będzie z podszeptami serca i rozumu kiedy będziemy musieli zdecydować. Serce będzie nam podpowiadało rozwiązania, które łatwiej nam zaakceptować i dłużej się ich będziemy trzymać. Natomiast rozum poda nam podpowiedź bardzo konkretną, rzeczową i pozbawioną dreszcza emocji, często prowadząc do wewnętrznego rozdarcia, bo niby czujemy, że powinniśmy postąpić tak, a jednak bardziej skłonni jesteśmy decydować sercem. Bo serce wydaje nam się być bardziej ludzkie, bardziej etyczne, bardziej empatyczne i bardziej romantyczne, a wszyscy jesteśmy spragnieni jednak mimo wszystko przeżywania emocji czy uniesień jak w powieściach romantycznych. Chcemy też widzieć siebie w dobrym świetle, więc chętnie ignorujemy radykalne rozwiązania podsuwane przez rozum, który odrzuca wszystkie ckliwe fragmenty i zmierza prosto w sedno, aż do bólu.

Nie myśl tyle, nie kombinuj, słuchaj serca. Ale czy serce nie błądzi? Czy warto ważne kwestie pozostawiać jednak pod dyktando emocji? To co sprawdzi się w tematach prostych i błachych, nie zawsze wyjdzie nam na dobre przy decyzjach ważących o naszych losach. Bo czy warto rzucić/zmienić pracę bez udziału przy tym rozumu? Bo czy nie mówi się, że decyzję o byciu z kimś najlepiej podejmować jak minie faza zauroczenia, bo wtedy odurzone endorfinami serce dopuści do głosu rzeczowy rozum.


Pomiędzy toczącą się rozgrywką między sercem i rozumem najlepszym sędzia jest jak zawsze czas.






391 wyświetlenia

©2020 by OkiemZyrafy.pl. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now