Witaj na blogu OkiemZyrafy.pl

 
 
  • Irma Głowińska

Cz. II, czyli Jak przestać nieustanie sabotować własne życie?

W poprzednim wpisie pisałam o momentach zwątpienia jakie pojawiają się w naszym życiu, o zmianach i stresie z tym związanym, a także o sposobach radzenia sobie z tym. Skąd jednak takie momenty biorą się w naszym życiu? Co powoduje, że wpadamy w spiralę „wszystkoprzeciwko”, w której „wątpić” jest pokarmem dla naszego umysłu.

A może my sami jesteśmy katalizatorem takiego myślenia?


Jestem pewna, że wszyscy znacie albo co najmniej raz słyszeliście czym są Prawa Murphy’ego czyli zbiór przykładów na to, że jeśli coś ma pójść nie tak, to na pewno pójdzie. Tak samo dzieje się z naszym umysłem, kiedy napędzamy się negatywnym myśleniem, które niestety świadomie lub nieświadomie wyrządza nam szkody. To jak z aplikacją działającą w tle, niby z niej nie korzystamy a internet nam pożre. Myśli i słowa mają szczególny wpływ na nasz mózg. Jest wiele słów sabotujących nasze działania, tak samo jak wiele innych potrafi dać nam mega pozytywnego kopa i napędzić tym samym do osiąganie niemożliwego. Wspominałam już, że myśl wypowiedziana na głos zmienia swój status i przenosi nas do fazy realizacji lub działania. Nasze negatywne myśli też trafiają w obieg i stają się czynami lub odważnikami ciągnącymi nas z całą mocą w dół.


Jak więc oddzielić ziarna od plewów i przestać być największym tyranem dla samego siebie?


Zacznijmy od podstawowego sklasyfikowania tych słów „zabójców” (według mojego własnego podziału na grupy i własnej nomenklatury):


1. Wątpiciele

A. Może mi się uda…

B. To chyba będzie zbyt trudne…

C. Nie wiem czy potrafię to zrobić…


2. Martwiciele

A. A jak się ośmieszę…

B. Inni są lepsi…

C. A co, jeśli mi nie wyjdzie…


3. Usprawiedliwiciele

A. To nie moja wina…

B. Nie jestem wystarczająco dobry…

C. Mam ciągle pecha…


Znacie to? No pewnie, że tak. Spacerując ostatnio dużo z psem miałam czas, aby nadrobić zaległości w słuchaniu mądrych tego świata. Na pierwszy ogień poszedł Brian Tracy i jego nagranie "Siła pewności siebie" oraz "Samodyscyplina" czyli dlaczego nie robisz tego co zaplanowałeś. Nie był to jednak przypadkowy wybór, a konsekwencja zetknięcia się z jego myślą, że: " Urośniesz, jeśli będziesz wystawiał się na, to dziwne, niemiłe uczucie, które czujesz próbując czegoś nowego".


Brzmi znajomo? To nic innego jak wspomniane już wcześniej przeze mnie wychodzenie z naszej strefy komfortu. Jednak będąc w silnej relacji z Wątpicielami, Martwicielami, Usprawiedliwicielami i innymi X-cielami, to nie zrobimy nawet jednego kroku poza jej obręb. Wszyscy mamy tendencję do odkładania na później czegoś, co jest dla nas niewygodne lub mało komfortowe. Jednak problem ten może być o wiele bardziej złożony i głębszy, kiedy mamy do czynienia z prokrastynacja

Porównywana do uzależnienia, traktowana jako forma lenistwa, jest znacznie silniejsza w swoich skutkach niż moglibyśmy przypuszczać. Wywołuje konflikt wewnętrzny, w którym racjonalne podejście walczy z chęcią bycia nagradzanym tu i teraz poprzez koncentrowanie się na czymś o wiele przyjemniejszym i milszym niż trudności jakie mamy do pokonania w związku ze zmianą czy innymi obowiązkami. Paradoks jaki wtedy powstaje prowadzi nas niestety w ślepy zaułek, bo odkładając pewne zadania na później szukamy tak naprawdę ucieczki przed rzeczywistością, a samo odkładanie zaczyna być traktowane jako nagroda, bo skupiamy się na czymś fajnym, miłym czy rozrywkowym. Nie powoduje, to jednak rozwiązanie naszego problemu czy wykonanie za nas odkładanego zadania. Nie mówiąc o wyrzutach sumienia, jakie się potem pojawiają czy dręczacych myślach. Dlaczego mimo, to jesteśmy skłonni kolejnym razem zrobić, to samo? Z psychologicznego punktu widzenia działamy tak, bo blokują nas różnego rodzaju lęki. I tak np. może to być:

a) lęk przed porażką - z góry zakładamy, że się nie uda, więc jeśli coś odłożymy i potem będzie już za późno, aby to zrobić, to powód niepowodzenia będzie zupełnie inny - no chciałam, ale już za późno, aby to zrobić..

b) lęk przed sukcesem - dziwne co nie? A jednak możliwe, bo dla jednych sukces jest spełnieniem marzeń, a dla drugich początkiem problemów. Odkładam bo boję się, że mój sukces spowoduje zazdrość u innych, przez co zaczną traktować mnie z dystansem i/lub boję się, że gdy osiągnę sukces, to potem dostanę więcej i jeszcze trudniejszych zadań;

c) lęk przed utratą kontroli - wbrew pozorom odkładanie np. mało ambitnego zadania na później wiąże się z poczuciem zachowania wewnętrznej kontroli; odkładamy chcąc zachować niezależność;

d) lęk przed nieznanym - zamiast od razu z czymś nowym się zmierzyć, lepiej to przesunąć w czasie a może się rozwiąże/zrobi samo; wszystko co nieznane może w prokrastynatorze wywoływać ogromny lęk i chęć ucieczki przed tym w to co stare i sprawdzone albo przyjemnie i miłe;


A czy sabotowanie i prokrastynacja mają też wpływ na nasze relacje?


Pytanie z puli tych retorycznych. No raczej! Każdy związek jak każdy dom wymaga przy nim stałej pracy. Kiedy dbamy o dom, to na początku go urządzamy, a potem stale go ulepszamy, poprawiamy, remontujemy. W relacji z drugą osobą jest tak samo. Bycie z kimś, to ciągłe balansowanie, też na granicy strefy komfortu. Związek, to ciągła praca nad jego rozwojem, patrzenie na życie dwiema parami oczu i w tym samym kierunku. Dlaczego? Bo raz nam dane, nie jest dane nam na zawsze. Jak często mamy tendencję jednak omijania czy odkładania w przypadku pojawienia się trudności w związku? Niestety często.


Najtrudniejszą kwestią jest nie wymagać by partner był idealny, bo sami nie jesteśmy doskonali. Chociaż by się wydawało, że na początku każdy jest idealny, to jednak wcale tak nie jest, że wad nabiera z czasem. One są z nami od początku, tylko my je na tej wstępnej fazie bardzo często bagatelizujemy lub próbujemy ich nie dostrzegać a czasem wręcz wydają nam się urocze. I mimo, że to uczucie jest fascynujące i piękne, to faza różowych okularów bywa często też bolesna. A rozczarowanie przychodzi ogromne, że osoba, w której się zakochaliśmy jest wyraźnie inna, od tej z jaką się związaliśmy na poważnie. Czy wtedy jest szansa na uratowanie relacji? Czy lepiej zatrzasnąć za sobą drzwi i szukać od nowa swojego księcia z bajki?


Ja jestem zdania, że jeśli dwoje ludzi naprawdę chce i naprawdę kocha, to zawsze znajdą drogę do siebie. Muszą tylko wyjść sobie naprzeciw, szczerze się skomunikować i zacząć budować razem związek na prawdziwych fundamentach, a nie iluzji czy jakiejś projekcji przeniesionej prosto z „Plan na miłość” czy innego serialu Netflix.


Od czego zacząć najlepiej? Od tego cholernego wyjścia ze stefy komfortu i próby zmiany nawyków albo sposobu komunikacji. Brzmi jak plan? No trochę tak, ale też dobrze wiem, że wcale nie jest to łatwe i przysporzyć może tyle samo stresów co każda inna próba walczenia o swoje dobro, swój rozwój czy realizacje planów. Proces otwierania się na drugiego człowieka i wychodzenia z własnej skorupy czy wspomnianej strefy komfortu, może kosztować nas wiele wysiłku. Jednak uważam, że warto. Dlaczego? Bo egocentryczne zapatrzenie w siebie, we własne sprawy powoduje nie tylko, że przestajemy dostrzegać drugą osobę, ale też przestajemy ją doceniać, traktować jak równą. By związek przetrwał musi być w nim poczucie równowagi, a dwie będące ze sobą osoby muszą naprawdę czuć, że są równie ważni i tyle samo warci. Jak to osiągnąć? Poprzez uwagę, okazywanie wdzięczności, codzienne zadziwianie, poprzez wspólny rozwój i zmianę. Bez ulegania presji i wpływowi innych, bez wtrącania się w ich sprawy osób trzecich, w tym rodziny. Ostatnio odkryłam, że rodzina to nie tylko fizyczne osoby, to też przyzwyczajenia i przekonania z jakimi wychodzimy z domu rodzinnego. Wpływ na rozwój naszej miłości do drugiej osoby będzie mieć też, to czy się oderwaliśmy od rodziców. Czy powtarzamy utarte wzorce wyniesione z domu i te same błędy w relacji. Bo przecież to znamy najlepiej.


Ale aby dojrzale podejść do relacji, trzeba być samemu dojrzałym. I tu się kłania analiza transakcyjna czyli czy my i nasz partner komunikujemy się na poziomie dorosłego z dorosłym, czy może mamy do czynienia z rodzicem lub dzieckiem. Według twórcy tej tezy E. Berne na nasze Ja składają się właśnie te trzy osoby: Rodzic, Dorosły i Dziecko.


W codziennej komunikacji pojawiają się wszystkie te osoby, a sposób porozumiewania przybiera formę adekwatną do wewnętrznej roli, jaką w danym momencie pełnimy.


Relacja, w której nie spotyka się dwoje dorosłych a raczej dwoje dzieci czy dwoje aktorów odgrywających role króla/królowej i podwładnego czy policjanta i podejrzanego, prędzej czy później niestety będzie skazana jest na porażkę. Ale to wszystko znacznie się komplikuje, ponieważ doświadczenia każdego z nas zapisane są w naszym mózgu i naszym układzie nerwowym. Zapis składa się z naszych przeżyć z dzieciństwa, kształtowanych i przyjętych wspomnianych postaw od rodziców czy innych osób mających wpływ na nasz rozwój i wychowanie. Tworzy się schemat naszych zachowań, w którym dużą rolę odgrywają zdarzenia, nasze ich postrzeganie i towarzyszące temu uczucia. Przez lata nasz zapis wspomnień może ulegać wszelkim zniekształceniom, a ich przywoływanie następuje w sposób dowolny, w zależności od naszej chęci powrotu do przeszłości. Są jak błyski flesza.


Jaki ma to wpływ na nasze relacje z innymi czy nasz związek? W każdym momencie naszego życia wdrukowane w nasz twardy dysk schematy spowodują, że zareagujemy w określony sposób. Każdy z nas ma określony system postaw życiowych, wynikający z przekonań na własny, ale także innych temat. I tak w analizie transakcyjnej mamy 4 typy możliwych przekonań:

1. Ja jestem ok, Ty jesteś ok – realistyczne podejście, pozytywne oczekiwania wobec innych, konstruktywne rozwiązywanie problemów, respekt dla cudzych potrzeb i autonomii;

2. Ja jestem ok, Ty nie jesteś ok – przyjmowanie postawy obronnej i wchodzenie w buty ofiary losu

3. Ja nie jestem ok, Ty jesteś ok – zaniżone poczucie własnej wartości, zamknięcie się w sobie, wycofanie społeczne i negowanie własnych wartości, z nadmiernym wynoszeniem na piedestał drugiej osoby, skupianie się na jej potrzebach kosztem własnego ja

4. Ja nie jestem ok, Ty nie jesteś ok – pesymistyczne nastawienie do życia, brak radości z otaczającego świata czy brak odczuwania satysfakcji


Bazując na tym będziemy projektować swoje i cudze zachowania. I za każdym razem kiedy zamiast być 1 będziemy 2, 3 czy 4 uruchomimy wewnętrznego sabotażystę. Ja swojemu zdecydowanie mówię wystarczy i pokazuję..... język :-)




563 wyświetlenia

©2020 by OkiemZyrafy.pl. Proudly created with Wix.com

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now